Zapraszamy do przeczytania świadectwa jednej z pątniczek, która w tym roku pielgrzymowała razem z nami.
W tym roku wybrałam się na pielgrzymkę z nastawieniem na poprawienie relacji z Panem Bogiem. Czułam, że od czasu rozpoczęcia wakacji modlitwa zeszła na drugi tor, została zaniedbana i bardzo brakowało mi osobistej modlitwy, takiego spotkania: ja i Pan Bóg.
Długo nie musiałam czekać, bo na jednym z pierwszych etapów był odcinek ciszy. Na początku ciężko było zebrać myśli, ponieważ pielgrzymi rozpraszali mnie śpiewem i rozmową. Kiedy jednak straciłam ich z pola widzenia i zorientowałam się, że wokoło nie ma nikogo, że jestem sama w lesie, zaczęłam się modlić.
Zaczęłam Boga uwielbiać, potem Mu dziękować i tak, przechodząc do rozmowy, opowiedziałam Bogu, z czym jest mi ciężko. Opowiedziałam o różnych sytuacjach z życia, oddając to wszystko Bogu.
Na modlitwie czułam obecność Boga. Miałam takie przekonanie, że chce, abym oddała Mu swoje serce, że jest jeszcze w niektórych miejscach kamienne i On chce te kamienie kruszyć, że chce wlać w nie swoją miłość.
Ten etap ciszy i przebywanie z Bogiem sam na sam był jednym z najpiękniejszych etapów. Pomimo tego, że zaczęło się od nerwów, bo nie mogłam na początku znaleźć dla siebie przestrzeni ciszy, po modlitwie czułam w sercu pokój i taką radość. Bardzo potrzebowałam takiego czasu.
Drugim doświadczeniem obecności Boga był gest machania ręką. Na poprzednich pielgrzymkach nigdy nie przywiązywałam większej uwagi do machania. Odmachałam, ale nie było to dla mnie jakoś bardzo istotne.
Na jednym z krótszych, kilkukilometrowych etapów miałam okazję nieść tubę. Dzięki temu nie tylko bardzo dobrze słyszałam, ale też miałam szeroki kadr. Widziałam twarze ludzi w samochodach – takie radosne, pełne ciepła – a z szyb wystawały machające ręce.
Z automatu podniosłam swoją rękę i zaczęłam ludziom odmachiwać. Nagle napłynęła we mnie taka fala radości i pomyślałam sobie, że Bóg na mojej drodze stawia konkretne osoby, w konkretnym czasie i miejscu, a ten gest machania może stać się gestem błogosławieństwa.
Zaczęłam nad każdym, kto nas mijał – czy to w samochodzie, czy na poboczu – wypowiadać: „Błogosławię Cię”.
Zadałam też sobie takie pytanie: czy w życiu codziennym potrafię błogosławić ludzi? Nie tylko tych, którzy mnie lubią, szanują i z którymi żyje mi się dobrze, ale czy potrafię błogosławić tych, którzy się na mnie krzywo spojrzą, zdenerwują mnie, obgadają czy wyśmieją? Z taką refleksją również po pielgrzymce wróciłam do domu, żeby nad tym popracować.
Kolejnym doświadczeniem obecności Pana Boga i Jego miłości jest sytuacja z postoju. W tym roku na pielgrzymce miałam okazję pomóc osobie z niepełnosprawnością.
Są we mnie takie zablokowane przestrzenie, przez które pewnych czynności nie jestem w stanie zrobić przy osobie z niepełnosprawnością, tak jak na przykład czynności intymnych. Również od dziecka mam trudność z dotykiem stóp, ponieważ stopy mnie obrzydzają.
Na jednym z postojów Aga poprosiła mnie o miskę z wodą, ponieważ miała opuchnięte stopy, a na pięcie robił jej się odcisk. Przyniosłam jej wodę, tak jak prosiła, i z poczuciem delikatnego dyskomfortu włożyłam jej stopy do wody.
W momencie, kiedy zaczęłam obmywać jej stopy, poczułam, jak napełnia mnie miłość do Agi. To było niesamowite uczucie. Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam. Wiem, że nie było to ode mnie, bo wcześniej to, co robiłam, obrzydzało mnie. A w tamtym momencie, obmywając jej stopy, czułam, jak przepływa przeze mnie miłość.
Spojrzałam na Agę i pomyślałam sobie, że to, co będę przy niej robić przez te kilka dni, aż do mojego wyjazdu, chcę robić z taką miłością i troską o nią. Wiem, że to Bóg dał mi taką łaskę, abym mogła z czułością i szacunkiem służyć drugiemu człowiekowi.
Chwała Panu za doświadczenia Jego obecności!
Mam taką refleksję, że jeśli podejmujemy się jakiejś służby, to Bóg nas uzdolni, da nam siły i tak nas wyposaży we wszystko, czego potrzebujemy, abyśmy potrafili służyć drugiemu człowiekowi jak najpiękniej, nieść i dzielić się Bożą miłością.